Terapia małżeńska – dlaczego czasem warto?

Nie tak miało być. Nagle zamiast romantycznych uniesień czy zwykłego ciepła domowego ogniska robi się wrogo. Każda próba rozmowy kończy się kłótnią albo odejściem w swoją stronę i cichymi dniami. Coraz częściej pojawiają się myśli „Czy to ma sens? A może jednak to zakończyć”

Kryzysy zdarzają się praktycznie w każdym małżeństwie, różnią się jednak natężeniem. Większość z nich małżonkowie są w stanie rozwiązać sami, gdy emocje nieco ostygną i na chłodno uda się przeanalizować przyczyny oraz możliwe rozwiązania. Niekiedy jednak samodzielne rozwiązanie utrudniają rozmaite przeszkody. Jedną z nich są silne emocje, które trudno samemu tak po prostu przepracować. Powodują one, że ciężko jest tak po prostu porozmawiać.

Oczywiście, całość można zakończyć zdaniem „Dawniej, gdy coś się psuło, ludzie naprawiali to, zamiast tak po prostu wyrzucać” i zadumać się nad stale rosnącą liczbą rozwodów, nie robiąc nic dalej albo zastanawiając się, jak naprawić coś, co długo się psuło. Czy jednak warto żyć długie lata w kryzysie? Warto ryzykować, że ten nieomówiony nagle do nas wróci?

TERAPIA MAŁŻEŃSKA

Coraz częściej słyszy się o terapii małżeńskiej. Niektórzy twierdzą, że nastał wręcz boom na chwalenie się, że korzystamy z takiego rozwiązania. Czy tak jest? Może po prostu powoli dojrzewamy do faktu, że terapeuta jest takim samym rozwiązaniem przy problemach małżeńskich, jak dentysta przy bolącym zębie albo laryngolog przy zapaleniu ucha?

Czy chwalimy się wizytą u stomatologa? Nie, ale nie widzimy nic złego w tym, że podczas rozmowy poinformujemy o wizycie, pożalimy się na kiepskiego lekarza albo pochwalimy go za dobrą robotę i polecimy komuś innemu. Podobnie zaczynamy, na szczęście, traktować terapię. Bez chwalenia się, że chodzimy i że są postępy albo ich nie ma, ale i bez wstydu, naturalnie – jako usługę z której korzystamy, kiedy zachodzi taka potrzeba.

A kiedy potrzebujemy terapii małżeńskiej? Najczęściej wtedy, gdy „docieramy do ściany”. Nie trafiają do nas argumenty drugiej strony, nasze emocje blokują nas, nie pozwalając przyjąć uzasadnień współmałżonka. Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, że terapeuta nie jest mediatorem. Ma nam pomóc poprawić funkcjonowanie małżeństwa.

NA CZYM POLEGA TERAPIA MAŁŻEŃSKA?

Przede wszystkim warto wiedzieć, iż na jednej wizycie najprawdopodobniej się nie skończy. Terapia jest cyklem regularnych spotkań i aby miała sens, warto tę regularność potraktować poważnie. Takie spotkania odbywają się najczęściej co tydzień lub co dwa tygodnie, przez pół roku, czasem rok.

Podczas dobrze prowadzonej terapii będziemy mogli zobaczyć problem takim, jak widzi i przeżywa go współmałżonek. Samo to już często pomaga w rozszyfrowaniu siebie nawzajem, swoich emocji oraz w poprawie wzajemnych stosunków. Warto też na samym początku wyjaśnić, że terapia nie polega na „zmianie człowieka”, jego charakteru czy temperamentu. Pomaga jednak zrozumieć siebie i drugą osobę oraz wywnioskować, jakie czynniki doprowadziły do konfliktu.

CZY WARTO?

Skoro kiedyś czuliśmy się ze sobą tak dobrze, że skończyło się zalegalizowaniem związku, odpowiedź na pytanie „Czy warto?” nasuwa się sama. Szczególnie jeśli alternatywą jest odejście albo nawet

rozwód. Wypada tu przypomnieć, że ten jest jednym z bardziej emocjonalnych przeżyć, jakie możemy zafundować sobie i dzieciom. Zajmuje drugie miejsce w skali stresu wg Holmesa i Rahe’a, gdzie przydzielono mu 73 punkty. Wyżej jest jedynie śmierć współmałżonka.

Ratująca związek terapia, jeśli wszystko idzie dobrze, w dużej mierze ratuje nas więc od traumatycznych przeżyć – mimo że nie zawsze jest łatwa i wymaga czasem „ruszenia” bardzo czułych punktów. Z doświadczeń małżeństw, które dzięki terapii wciąż trwają, możemy wywnioskować, że z pewnością warto.

zdjęcie: Andrew Neel www.unsplash.com